Karta no-low, która nie jest litością

— Największy problem z kartą bezalkoholową jest taki, że robi ją ktoś, kto sam z niej nie pije — mówi Ada, która prowadzi bar w centrum. — Stąd te wszystkie lemoniady z syropem i miętą. Słodkie, ładne, do trzeciego łyka.
Ada wyrzuciła z menu cztery pozycje i wstawiła trzy: jedną wytrawną, jedną gorzką, jedną kwaśną. Sprzedaż napojów bez alkoholu wzrosła, bo goście przestali je zamawiać „bo muszę”, a zaczęli „bo chcę”.
— Kwaśność robi w ustach to samo, co alkohol: czyści, przecina jedzenie, każe wziąć kolejny łyk. Jak masz w karcie coś kwaśnego, to nikt nie czuje, że dostał wersję gorszą.